
Wracając do tematu nagłej wizyty: Nim do drzwi doskoczyłam, już je syn uchyla, a sąsiad niczym lisek "już jest w ogródku, już wita się z gąską", znaczy w przedpokoju stoi. Matko moja.... Nijak wyjść, wszak renomę na dzielnicy stracę :p
Wołam z pokoju, że ja trochę przeziębiona jestem, to może niech jutro przyjdzie? Ale nie, już w drzwiach pokoju jest. Coś tam o jakimś zaświadczeniu bąka. Tyłem do drzwi stoję, w kwitach niby grzebię, chorobą się zasłaniam i strategię obmyślam. Zastanawiam się czy jakiegoś koca na głowę nie zarzucić oznajmiając nagle, iż inhalację pilnie rozpocząć muszę? Bez sensu. Garnka z wodą brak... Cóż...
Ile można tyłem do gościa stać? W końcu trzeba się odwrócić, twarz Shreka pokazać....
Odwracam się. Sąsiad właśnie coś tam o notariuszu streszcza. Zawiesza na mnie oko. Milknie. Teraz już nie zawiesza, a uważnie patrzy. Mruga. Ja nie mrugam. Wciąż patrzy, chyba nie wierzy. Oczy ma coraz szersze. Waham się czy się uprzejmie wyszczerzyć, czy dalej tak stać, czy może przestać oddychać? Boję się, że jakikolwiek mój ruch spowoduje, że facet zemdleje. Albo z krzykiem ucieknie. Uśmiechać się jednak boję, bo czuję że mi zacznie ta glina na twarzy pękać... Cisza jak makiem zasiał.
Nie wiem ile to trwało. W moim odczuciu wieczność. W końcu sąsiad ledwo słyszalnym szeptem rzecze: Ale sąsiadka chora....taka niewyraźna...aż zielona.... To ja chyba jednak jutro przyjdę... I czmychnął.
Chyba nie muszę dodawać, że nazajutrz też nie przyszedł? ;) A szkoda, bo ja zwarta i gotowa czekam. A Tu nic. Żadnego pukania. Oj życie życie... :/
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz