
Do śmiechu mi wcale nie jest, ale...
No nie byłabym sobą, gdybym nie opisała ;)
Sobota, popołudnie. Kawę na ławę stawiam. Nie w przenośni, dosłownie. Stawiam i nagle... Ja mi coś nie łupnie w plecach, jak mnie prąd nie przejedzie, a ból... Matko moja, w życiu mnie tak nie bolało (już nieraz bolało jak diabli, ale nie aż tak). Straszne. Nie panuję nad sobą i wrzeszczę wniebogłosy.
Syn wypada z drugiego pokoju:
- Co jest....?!? O rany... Znów kręgosłup?!?
Nie odpowiadam, bo krzyczę.
Syn: Matko moja bolesna....
Dalej krzyczę, ruszyć się nie mogę, dotknąć się nie dam. No dysk jak ta lala...
Kątem oka widzę, że drzwi do mieszkania się otwierają i staje w nich sąsiad.
- Pani Aniu! Co się dzieje? Na klatce panią słychać! Co jest...?.
Staje w progu pokoju, patrzy i stwierdza:
- Pani się nie rusza! To dysk! Miałem tak samo. Boże, wiem jak to boli. A najgorsze jak idzie w jądro... Nie idzie pani w jajko?
Łzy mi płyną po twarzy. I słowo daję, że gdyby nie z bólu to ze śmiechu bym łkała :D
ps. Dziś jest ciut lepiej. Daleko mi do zdrowia i szlag trafił ostatnie dwa miesiące rehabilitacji, ale... Cieszę się, że nie jest jeszcze najgorzej. Bogu dzięki nie poszło mi w jajko... ;)
Miłego i zdrowego(!) tygodnia :)