Uwaga: Post NIE JEST dla osób estetycznie wrażliwych. Ostrzegam nim przeczytają!Nie wiem. Doprawdy nie wiem gdzie leży granica pomiędzy dobrym wychowaniem a brakiem kultury...
Sytuacja z życia wzięta: pogrzeb ("z życia wzięta" – zgrzytnęło, prawda?). Chłodno jest, wszak zima. Stoimy już nad miejscem pochówku lekko przestępując z nogi na nogę, zacierając ukradkiem ręce. Większość jest tu z obowiązku, bo to znajoma z pracy, wypadało być, ale rozpaczy nie ma. W rozpaczy jest i jeszcze długo będzie rodzina zmarłej. My chcemy dopełnić obowiązku i po wszystkim wyjść. Takie życie.
Kurcze jak wieje... Ziąb. Nie przyjechałam wtedy autkiem, bo takowego nie miałam. Miałam już w myślach półgodzinny marsz w chłodzie do domu. A tu taki traf – sam pan dyrektor zagaja, że "może kogoś podwieźć?". Pytam czy w stronę Dyrekcji (nazwa mojego osiedla) nie jedzie? A jedzie, jedzie. Zabieramy się więc z nim – ja i moja koleżanka Małgośka.
Z przyjemnością rozsiadam się w wygodnym przednim fotelu. Zaraz zacznie grzać, zaraz będzie cieplutko. Zmarzliśmy. Najpierw odwieziemy Małgosię, a potem mnie. Niby z pogrzebu wracamy, ale tematu już luźne, wesoło nam powiedziałabym. Człowiek jednak trzyma się mocno życia i nie lubi trwać w przygnębieniu...





